Rocznice, rocznice…

a właściwie ‘miesięcznice’. Dziś mija dokładnie miesiąc od momentu, kiedy Netia - jak mnie poinformowano telefonicznie - wysłała do mnie umowę o świadczenie usługi a’la Neostrada. Umowa poszła kurierem - żeby pewniej i szybciej. Chyba nie muszę dodawać, że wciąż na nią czekam.

Jednocześnie obchodzę malutki jubileusz - już od dokładnie tygodnia monterzy innego dostawcy podłączają mi internet drogą radiową. Dziś umówiłem się z nimi na 10am, więc (14:32) wciąż siedzę w domu by nie przegapić tego podniosłego momentu przyjścia speców od sieci.

Jednocześnie wielkie podziękowania dla RMFa, którego karta iPlusa ratuje sytuację :)

Zalew słów

“Zalew słów, miliardy słów na salach zebrań, na wszystkich falach eteru, na tonach, setkach ton kartek” (R. Kapuściński). Codziennie przez moje ręce przechodzi średnio kilka dzienników, jeden tygodnik, co kilka dni dni - miesięcznik lub kwartalnik. Do tego niezliczona liczba artykułów w sieci, maili, analiz, ustaw. Wieczorem - dobra książka. Zwykle jedna na dwa dni. Do tego, od niedawna, audiobook w drodze do i z pracy. Z telewizora zrezygnowałem już lata temu, radio ograniczam do wcześniej wybranych audycji. I wiem, że nigdy wszystkiego nie przeczytam, o tysiącach ciekawych rzeczy nawet nie usłyszę.

Wyglądam przez okno - reklamy, zdejmuję słuchawki w autobusie - ciągłe rozmowy. O niczym. Przez telefon lub twarzą w twarz. Rozmowa nie służy już jako przekaźnik informacji. W setkach rozmów, których urywki słyszę każdego dnia, nie ma nic. Są puste.

Telefon komórkowy jest wynalazkiem, który zmienił ludzkość. Skończyły się czasy, kiedy wracało się do domu i rozmawiało o ostatnich wydarzeniach, przemyśleniach, obrazach… Krótkie SMSy w ciągu dnia utrzymują wrażenie kontaktu, zastępują rozmowy i analizy wydarzeń… Przemyślenia, obrazy - zanikają.

Prasa pusta. Rozmowy puste. Internet - pusty. Radio - puste. Choć to uogólnienie, bo w każdym z tych miejsc można znaleźć prawdziwe perełki, nie da się ich znaleźć w tym zalewie informacji.

Ten wpis miał być o czymś innym. Myślałem o reklamie, którą widzę codziennie przechodząc przez warszawski Plac Trzech Krzyży. Okładka kolejnego numeru magazynu LOGO - “143 przedmioty, które warto mieć”. Potem przeczytałem artykuł Chorzy na bogactwo, o zanikaniu potrzeby prawdziwego życia, zastąpionej żądzą posiadania. Pierwszymi słowami chciałem nawiązać do swojego długiego milczenia w tym miejscu: kiedy codziennie jestem zmuszony przerzucać dziesiątki stron z nieistotnymi informacjami, postanowiłem milczeć do momentu, kiedy będę miał coś istotnego do powiedzenia. I właśnie zanikanie pragnienia dokonania czegoś ciekawego na rzecz żądzy posiadania miało być tematem tego tekstu…

Czy można być szczęśliwym człowiekiem mając pięćdziesiąt par butów i gigantyczny dom na wzgórzu, nie mając jednocześnie żadnego celu w życiu, żadnej “niematerialnej” przyjemności, żadnego hobby?

Dlaczego otwarte?

Australijskie Archiwa Narodowe ogłosiły, że zbierane przez siebie dane w formie cyfrowej będą zapisywać w formacie Open Document. Norwegia zapowiedziała przejście na otwarte formaty danych. Kolejne stany USA rozpatrują lokalne ustawy nakazującej stosowanie otwartych standardów przez oprogramowanie wykorzystywane przez administrację. Nawet w polskiej ustawie o informatyzacji można znaleźć odbicie dyskusji na ten temat toczonych na świecie już od kilku lat. Czy rzeczywiście otwartość standardów jest tak ważna - i czym ona właściwie jest?

Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych komputery powoli pojawiały się w biurach i domach, dyskietki wydawały się idealnym sposobem zapisu danych, a ChiWriter, TAG czy, nieco później, AmiPro - doskonałymi programami do edycji tekstów. W niejednym domu znajdzie się zakurzone pudło pełne “dużych” dyskietek, na których zapisane są pliki edytowane ostatnio przed ponad dekadą. Dziś w niewielu miejscach możemy znaleźć stację dyskietek 5.25″. Równie rzadko spotyka się komputery z zainstalowanym TAGiem, który jeszcze nie tak dawno temu królował w polskich biurach. Oznacza to, że nawet jeśli zapobiegawczo skopiowaliśmy swoje pliki przed wyrzuceniem stacji dysków, dziś nie mamy oprogramowania, którymi moglibyśmy je odczytać. Jeśli są to prywatne notatki, nie jest to wielkim problemem. Sytuacja staje się poważniejsza, gdy chodzi o dokumentację prowadzonego przez wiele lat projektu lub dane zbierane przez administrację publiczną. Nośnik na którym zostały zapisane okazał się długowieczny. Program, którego użyto, nie.

Żeby zapobiec wystąpieniu w przyszłości tego typu sytuacji, coraz więcej państw decyduje się na zmianę swojego oprogramowania na takie, które zapisuje swoje pliki w otwartym formacie. Otwartym, czyli dobrze udokumentowanym, z powszechnie dostępną specyfikacją i bez ograniczeń licencyjnych mogących uniemożliwić jego zastosowanie. Dzięki temu każdy programista, który będzie chciał napisać oprogramowanie odczytujące lub zapisujące pliki w otwartym formacie może to zrobić bez większych problemów.

Zastosowanie otwartych standardów ma, poza zapewnieniem długowieczności danych, jeszcze jedną bardzo ważną cechę - umożliwia współpracę oprogramowania. W praktyce z przykładami otwartych i zamkniętych formatów spotykamy się na codzień korzystając z internetu. Kiedy wysyłamy komuś e-mail, nie musimy go pytać, jakiego programu pocztowego używa. Kiedy chcemy skorzystać z komunikatora internetowego, za pomocą Gadu-Gadu nie wyślemy wiadomości do kogoś korzystającego z ICQ. To dlatego, że podstawowe protokoły internetu są dziś otwarte (poczta elektroniczna), zaś sposób transmisji wykorzystywany przez najpopularniejsze komunikatory - nie. Interoperacyjność ma szczególne znaczenie w kontaktach między państwem a obywatelami. Norweska minister administracji, Heidi Grande Røys, stwierdziła obrazowo, że nie do pomyślenia jest sytuacja, gdy do instytucji publicznej można się dodzwonić z telefonu tylko jednego operatora - a tak mniej więcej wygląda aktualnie sytuacja w sektorze informatycznym. W przypadku gdy obywatel komunikuje się z urzędem, zwykle musi korzystać z oprogramowania działającego tylko pod kontrolą Windows, odpowiedź często otrzyma jako załącznik programu Microsoft Word, deklarację ZUS wyśle za pomocą “zamkniętego” Płatnika, a wniosek o dofinansowanie projetu z funduszy unijnych (SIMIK) nie uruchomi mu się na komputerze z zainstalowanym Linuksem lub systemem MacOS X. W praktyce oznacza to zmuszenie obywatela do zakupu drogiego oprogramowania tylko po to, by mógł skorzystać ze swoich praw.

Nie to jest jednak największym problemem, bo nie po raz pierwszy nakłada się w naszym kraju parapodatki. Prawdziwe koszty przywiązania do zamkniętych standardów ujawnią się dopiero za kilka, kilkanaście lat. Systemy informatyczne będą się rozwijać i po kolejnej rewolucji sprzętowej popularne dziś programy przestaną się uruchamiać na nowych komputerach. Jeśli nie będziemy wiedzieli, w jaki dokładnie sposób zapisują one nasze dane, stracimy możliwość ich odczytania. Oznacza to, że administracja publiczna straci dostęp do wszystkich danych zapisywanych w formie cyfrowej.

Rozwiązaniem jest pójście w ślady australijskich archiwów narodowych i zobowiązanie urzędów do zapisywania swoich danych w jednym z otwartych formatów. Najlepiej dopracowany wydaje się być Open Document Format, zaprojektowany przez ekspertów ze zrzeszającego ponad 4 tysiące podmiotów z całego świata konsorcjum OASIS (The Organization for the Advancement of Structured Information Standards). Open Document Format, znany też jako ODF, jest już wykorzystywany m.in. przez popularne darmowe pakiet biurowy OpenOffice.org i KOffice, a także przez komercyjne IBM Workplace, SUN StarOffice czy TextMaker. ODF jest kandydatem do zostania standardem ISO, po uzyskaniu takiego statusu stanie się najprawdopodobniej standardem rekomendowanym przez Unię Europejską. W Polsce format ODF jest rekomendowany jako jeden z podstawowych formatów dla administracji publicznej (Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 11 października 2005 w sprawie minimalnych wymagań dla systemów teleinformatycznych), jednak w dalszym ciągu trudno znaleźć jednostki administracji publicznej, które go na codzień wykorzystują.

Organizacje publiczne powinny używać otwartych standardów obowiązkowo - prywatne podmioty mają wybór. Jednak również przedsiębiorcy powinni wziąć pod uwagę możliwość przestawienia firmy na nowe formaty zapisu danych. Opłaci im się to w przyszłości, kiedy nie będą musieli przejmować się koniecznością konwersji danych przy zmianie oprogramowania, a ich pliki będą odczytywalne również przez programy, których autorzy jeszcze nie myślą o zostaniu programistami.

DRM a PIIT

Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji przygotowała spotkanie pod znamiennym tytułem “Copyright Levies & Digital Rights Management”. Co sądzę o DRMach łatwo wyczytać na łamach serwisy 7thGuard.net. W największym skrócie - uważam je za zagrożenie dla konsumentów, twórców treści cyfrowych oraz dla twórców otwartego oprogramowania. Dla tych ostatnich dlatego, że przy dzisiejszym stanie techniki niemożliwe jest stworzenie oprogramowania odtwarzającego treść zabezpieczoną systemem Digital Restrictions Management (DRM), a to dlatego, że większość znanych systemów DRM - w tym wchodzący właśnie AACS - opiera się na tajności kluczy. Dla twórców treści cyfrowych - bo trudno będzie ‘małym’ twórcom wejść na rynek, w którym opublikowanie utworu w danej technologii pociągnie za sobą konieczność podpisania tysięcy umów i zapłacenia fees za korzystanie z nich. Bardzo utrudnione będzie też korzystanie z już opublikowanych dzieł - nawet egzekwowanie prawa cytatu może się okazać bardzo utrudnione. Stracą też konsumenci, którzy zostaną zmuszeni do kilkukrotnego płacenia za tę samą treść (bo dany utwór będzie można odtworzyć np tylko na komputerze stacjonarnym - a co z odtwarzaczem samochodowym?), będą musieli ponownie kupować nagrania przy wymianie sprzętu, zostaną pozbawieni możliwości tworzenia kopii zapasowych etc… Ale nie to jest tematem mojego dzisiejszego wpisu.

Dzięki dzisiejszemu spotkaniu dowiedziałem się, dlaczego duże firmy przychylnym okiem patrzą na DRM. Otóż, jak wynika ze słów reprezentującej HP pani Ireny Bednarich, wprowadzenie systemów DRM zlikwiduje istniejące systemy ‘copyright levies’ (opłat kompensacyjnych?). Dziś, kiedy kupujemy czysty nośnik (płytę CD, papier do drukarki) lub urządzenie potrafiące zreprodukować chronioną prawem autorskim treść (ksero, ‘kombajn’ do komputera, drukarkę, nagrywarkę…), płacimy - poza ceną urządzenia - również opłatę, która trafia do organizacji zbiorowego zarządzania. Ta opłata, jak wyjaśniła p. Bednarich, może nawet podwoić cenę urządzenia. Przez to “kombajn biurowy”, który powinien kosztować 72 euro, kosztuje ich 148.

Dodatkowo, opłaty kompensacyjne są zróżnicowane w poszczególnych krajach - w Wielkiej Brytanii ich nie ma, w Polsce są, w Austrii również, ale o innej wysokości. Według pani Bednarich, powszechne wprowadzenie DRM zaowocuje bezpośrednim przepływem pieniędzy od konsumenta do producenta, zniknie potrzeba pośrednictwa ‘zaiksów’ - a co za tym idzie - również istnienia kwestionowanych opłat. Spadną ceny sprzętu (lub wzrośnie ich marża), czystych nośników - czysty zysk. W każdym razie dla producentów.

Jednak… Czy istnienie niedoskonałego systemu opłat kompensacyjnych może być usprawiedliwieniem dla wprowadzenia restrykcyjnych systemów dających producentom (a raczej - dystrybutorom) treści pełną kontrolę nad tym, jak będziemy z nich korzystać? Czy fakt, że do dziś nie wymyślono nic, co te ukryte opłaty mogłoby zastąpić, wystarczy, by ograniczyć podstawowe prawa konsumenta? Podczas dzisiejszej konferencji padł pomysł, by producenci sprzętu pisali na metce z ceną - jaki jest koszt samego urządzenia, a ile pieniędzy trafia do organizacji zbiorowego zarządzania. Dzięki temu konsumenci byliby świadmi, że płacą komuś za nielicencjonowane kopiowanie książek i muzyki - nawet jeśli tego nie robią. Inną sprawą jest fakt, że skoro płacimy opłatę kompensacyjną ukrytą w cenie każdego nośnika, dlaczego w dalszym ciągu nielegalne jest kopiowanie muzyki bez zgody producenta?

Nowa droga życia…

Od jutrzejszego poranka znów trzeba będzie zacząć godzić prace nad 7thGuardem, promocję wolnego oprogramowania w administracji z pracą od-do. Po raz kolejny postanowiłem zerwać z pracą na własny rachunek i na powrót wkręcić się w kierat. Na szczęście - niekorporacyjny.

7thGuard.net jest ciekawym serwisem pokazującym ‘falowość’ zainteresowania piszących czytelników. Właśnie mamy falę ‘dołkową’. Początkowo tworzony przez dwie osoby, szybko zgromadził wokół siebie grono autorów. Kolejni autorzy jednak zakładali rodziny, rozpoczynali prace w wymagających firmach i powoli wycofywali się z nieprzynoszącej jakichkolwiek materialnych dochodów pracy edytora. Pojawiali się kolejni - jednak dziś, w epoce web 2.0, wygodniej podsyła się odnośnik do cudzego tekstu z komentarzem ‘zróbcie z tego temat’ niż pisze cokolwiek samemu. Nie jest to związane ze spadkiem zainteresowania tematyką 7thGuarda, czytelnictwo cały czas powoli rośnie. Jednak wzrost czytelnictwa nie przekłada się na wzrost liczby autorów.

Od lat (lub miesięcy) z 7thGuardem jest związanych kilka osób: Fenio i cały team tłumaczący Debian Weekly News (kiedyś sam tłumaczyłem, wiem jaki to wysiłek i tym większy ukłon z mojej strony), mmazur, który znosi moje ciągłe wyjazdy i kiedy tylko może, przerzuca na 7th nieliczne teksty podsyłane przez Czytelników, twórcy skupieni wokół Fedora, Ubuntu i Gentoo Weeklu News (szkoda tylko, że podsyłają tylko tłumaczenia Weekly, a nie biorą udziału w codziennej edycji serwisu - ale tłumaczenie to absorbująca sprawa, więc jest to całkowicie zrozumiałe) i - to prawie tyle (pominiętych przepraszam!). Nowej krwi praktycznie brak, ostatnio zgłosiła się do mnie jedna osoba z ofertą pisania o bezpieczeństwie, potem kontakt się urwał, zgłosił się do mnie też ktoś odpowiedzialny za polskie coś - i zobaczymy, co z tego wyjdzie ;)

Jaki cel tego marudzenia? Po pierwsze, pokazanie, że ciągle żyję, ale powoli wycofuję się z większości działań i zostawiam sobie tylko działkę około-7thGuardową, po drugie poinformowanie, że autorzy poszukiwani.

Żeby nie było, że całkiem nietechniczny wpis: wkrótce zmiana IP ;)

Bądźmy otwarci

Łatwość obsługi wolnego oprogramowania zadziwia mnie coraz bardziej. Niby nic nadzwyczajnego, w końcu używam go już od mniej więcej dekady, jednak…

Jakiś czas temu miałem wątpliwą przyjemność korzystania z zamkniętych, komercyjnych programów. Męczarnia, bo to drukarka nie działa, to program instalacyjny wyświetla ‘instalacja zakończona pomyślnie’, a system sie nie bootuje. Żadnych szans sprawdzenia, co nie wyszło, dlaczego nie wyszło i co zrobić, bo to poprawić. Na szczęście tam, gdzie wtedy przebywałem, była pomoc techniczna od tych spraw, a ja na czas awarii po prostu szedłem sobie do innego komputera.

Dziś postanowiłem obejrzeć, jak wygląda WordPress (ostatnio oglądałem wersję 1.5 i wtedy - już nie pamiętam dlaczego dokładnie, walkę o moje serce wygrał Drupal). Jednak dziś postanowiłem zobaczyć, co nowego w świecie Wordpressa i… godzinę później miałem już postawioną i działającą instalację, spolonizowany layout i… przeniesione jednym kliknięciem wpisy z drupala (pewnie dałoby się i komentarze, ale nie znalazłem feedu z komentarzami w drupalu, a nie chciało mi się przenosić na żywca z bazy SQL). Cała zabawa, no - może poza przerzuceniem wordpressa na serwer (nie ma ftp), była do wykonania z poziomu przeglądarki www. I, jak widać działa.

Dziś, kiedy przypominam sobie narzekania ’społeczności’ sprzed lat na to, że wolne oprogramowanie staje się za łatwe w obsłudze, utwierdzam się w przekonaniu, że były one bzdurą. Bo czy mielibyśmy dziś oprogramowanie takiej jakości, jaką mamy, gdybyśmy kiedyś tam nie przekroczyli masy krytycznej? Wątpię. Raczej ciągle tkwilibyśmy w instalatorach rodem ze Slackware (no offence) czy Debiana w wersji Bo.

To prawda, kiedyś przygoda z Linuksem była rzeczywiście przygodą, wymagała przygotowania - ale kto dziś zakazuje korzystania z konsoli? Pierwszą rzeczą, którą robię w każdej instalacji Linuksa przy której mam spędzić choć 10 minut, jest wyciągnięcie gdzieś na wierzch przycisku odpalającego gnome-terminal. Jednak tylko dzięki temu, że twórcy WO doprowadzili je do takiego etapu, jaki mamy dziś, korzystać z niego mogą nie tylko zaawansowani użytkownicy, ale każdy zainteresowany. Elitarność zostawmy dla ‘Grona’, sami bądźmy otwarci.

Jestem sobie rowerzystą

Kochany bank Inteligo, który do tej pory zwykle robił więcej ruchów w celu wykurzenia swoich klientów niż by ich przyciągnąć, zrobił mi właśnie miły prezent. Przed chwilą przytuptał do mnie listonosz i przyniósł paczkę z niewielkim plecakiem (takim, tylko w niebieskiej kolorystyce) oraz pascalowskim przewodnikiem 'Polska na rowerze'. Plecak będzie w sam raz na wypady nie-rowerowe - na rowerowe mam coś zdecydowanie wygodniejszego. Skąd taki 'prezent'? Kupiłem sobie OC/AC/NW dla rowerzystów.

Rower jest moim podstawowym środkiem transportu - zarówno codziennego, jak i weekendowego. Zwłaszcza teraz, kiedy autobusy są przegrzane, pełne ludzi itp. Nie ma korków, zawsze jest przyjemny chłodny powiew, prawie same plusy. Jest i spory minus: przerażająca większość kierowców w Warszawie ma za nic przepisy i ograniczenia. Przejazd na czerwonym? Czemu nie, co z tego, że z bocznej startuje już rowerzysta. 120 na ograniczeniu do 50? Przecież i tak prawie nikogo nie ma. Metr odstępu przy wyprzedzaniu? W sumie pewnie jest - przednie koło 30 cm od rowerzysty, tylne 30 cm od rowerzysty, dach - 40 cm od rowerzysty, w sumie uzbiera się cały metr.

Duży plus: w ciągu ostatnich lat kierowcy autobusów chyba zauważyli, że rowerzysta nie przeszkadza na drodze i od paru miesięcy nie zdarzyła mi się sytuacja, kiedy bus spycha mnie na pobocze. Kiedyś notorycznie 517 próbowało mnie zrzucić z mostu Poniatowskiego.

Jeszcze tylko przydałoby się trochę ścieżek rowerowych (ale prawdziwych, nie z kostki) i miasto stałoby się naprawdę przyjazne dla rowerzystów… Na razie zostaje jazda po zatłoczonych ulicach lub opanowanie sztuki teleportacji między kolejnymi parunastometrowymi fragmentami śmieszki rowerowej, która z niewiadomego powodu raz znajduje się po jednej stronie jezdni, raz po drugiej… (ostatnio próbowałem przejechać przez świeżo wyremontowane skrzyżowanie koło galerii mokotów. no more tears. tak, o rowerzystach zapomniano.)

W sumie nie wiem, po co to napisałem - ale podziwiam wszystkich, którzy dotarli do końca tekstu. Proszę upomnieć się o piwo przy najbliższym spotkaniu :)

It's been a long time

Dużo wody w Wiśle (w innych rzekach zapewnie też) upłynęło od mojego ostatniego wpisu. Sporo się w tym czasie wydarzyło. Ministerstwo Kultury chce nam zafundować systemy cyfrowych ograniczeń (drm), na listach ISOCu i RWO ożywiły się destrukcyjne trolle, zainstalowałem nowego GNU/Debiana (unstable)…

DRM to ogólna nazwa technik mających w założeniu (choć głośno oczywiście się o tym nie mówi) utrudnić życie zwykłym odbiorcom treści cyfrowych. Często odbieramy 'treść cyfrowa' jako nagranie filmu lub muzyki na krążku, zapominamy o tym, że coraz więcej książek jest dostępnych w wersji elektronicznej, a po wprowadzeniu 'e-papieru' coraz mniej będzie wydawać się w wersji celulozowo-papierowej. Co taki DRM może nam utrudnić?

Przede wszystkim - może ograniczyć naszą możliwość korzystania z danego materiału. Film/książkę/muzykę będzie można przeczytać/obejrzeć np trzy razy, a o kopii CD do samochodu będziemy mogli zapomnieć. Nie będzie się też dało zaznaczyć i skopiować fragmentu danego materiału, by skorzystać z prawa cytatu lub krytycznego opracowania. Osoby niewidzące też będą mogły zapomnieć o możliwości korzystania z dotychczasowych screen-readerów.

DRMy oczywiście łatwo obejść - tak było chociażby z CSSem 'chroniącym' płyty DVD. DeCSS powstał, kiedy pojawiła się konieczność napisania odtwarzacza płyt DVD dla Linuksa. Problem polega na tym, że nowelizacja prawa autorskiego spowoduje, że obchodzenie DRMów będzie karalne. Dodatkowo, Komisja Europejska pracuje nad projektem dyrektywy o odpowiedzialności karnej za łamanie prawa autorskiego - być może wkrótce za odtworzenie DVD na komputerze z Linuksem będzie można trafić do więzienia. Brrr…

Nie tylko Komisja Europejska i Ministerstwo Kultury prowadzą szkodliwe działania - jak zwykle na wiosnę (i każdą inną porę roku) na listach okołoRWOwych uaktywnił się tradycyjny troll. Na razie, poza dążeniem do destrukcji, skłócenia środowiska i obrażenia osób zajmujących się DRMami nie namieszał. W każdym razie dziś przeszedłem w gmailu ćwiczenie z filtrowania dla początkujących. Ech, skąd się bierze ludzka (?) chęć do działań nie po to, by coś wspólnie zbudować, lecz by samotnie coś zniszczyć?

Linux jest fajny. Używam go od tak dawna, że już zapomniałem o tym. Jednak ostatnio znów miałem szansę się przekonać, że Linux jest naprawdę fajny. Zwolniło mi się sporo miejsca na dysku, postanowiłem przetestować kilka dystrybucji. Na pierwszy ogień poszło Gentoo. Pomijając domyślne ustawienia flagi USE - całkiem niezła dystrybucja dla osób lubiących grzebać w systemie. Potem - nowy Open SuSE. Wreszcie Linux dla mas - choć ma tradycyjne problemy z odtwarzaniem multimediów (problemy licencyjne w niektórych krajach). Na końcu - Debian Unstable. Nareszcie w domu. Po tygodniu bawienia się, wyrzuciłem z dysku wersję stable i przeniosłem się całkowicie na dystrybucję typu 'edge'.

W międzyczasie FeNIO podpowiedział, że od mojej ostatniej zabawy z 'edgowym' Debianem zmienił się nieco sposób paczkowania - pora nauczyć się nowego i zaktualizować swoje programy…

Back2work. Pora skończyć pracę magisterską i pomyśleć o swojej małej stabilizacji…

Ach, byłbym zapomniał - tak, jak już wielokrotnie zapowiadałem, za kilka tygodni wypisuję się z kierowania RWO. [vampire_mode=”on”]Pora na świężą krew w organizacji[/vampire_mode]

Znikam dla świata

Właśnie wróciłem z wydawnictwa ISKRY. Dla niewtajemniczonych - mieści się ono na ulicy Smolnej 11 w Warszawie. Dla bardziej niewtajemniczonych - pod tym samym adresem mieszkał i w tym czasie stworzył mnóstwo genialnych tekstów i tłumaczeń Tadeusz Boy Żeleński. Żeby było ciekawiej, wydawnictwo mieści się w dawnym mieszkaniu Boya.

Ściany wydawnictwa, w którym najpiękniejszym pokojem jest chyba salon Boya, obwieszone są grafikami rysowników współpracujących na przestrzeni dekad z Iskrami. Część z rysunków znana jest chyba każdemu namiętnemu czytelnikowi, część stanowiła dla mnie nowość.

Ale nie o tym chciałem napisać - a o tym, że wydawnictwo zakupiło kilka lat temu nieznane wcześniej rękopisy Boya i właśnie wydało je w postaci książki “W perspektywie czasu”. Oryginał trafił do Biblioteki Narodowej. Nie przypuszczałem, że z wojennej pożogi ocalały teksty Boya, które nie ujrzały wcześniej światła dziennego. Z tego też powodu właśnie wyłączam się dla świata - pora odciąć zewnętrzne bodźce i pogrążyć się - mam nadzieję, że nie po raz ostatni, choć to bardzo prawdopodobne - w lekturze nowych dla mnie tekstów Mistrza.

Peer Gynt

Warszawski teatr Montownia od niedawna ma swoją własną siedzibę - jest nim stara pływalnia (mówiąc po polsku: basen) w budynku, w którym mieści się również Studio Buffo, a w którym dawno temu mieściła się również Rozgłośnia Harcerska. Tam też miałem okazję obejrzeć inscenizację Peer Gynta (sztuka autorstwa Henrika Ibsena - dla zainteresowanych, wersja oryginalna i angielskie tłumaczenie dostępne są w sieci).

Opowieść o człowieku, który zmarnował swoje życie? Opowieść o ratującej człowieka miłości? Napisana ponad wiek temu (w tym roku mija setna rocznica śmierci Ibsena) opowieść o cyniźmie, który dziś widzimy każdego dnia? W inscenizacji można znaleźć wiele - mimo, iż z przyczyn oczywistych jej twórcy musieli zrezygnować z części oryginalnego dzieła i wprowadzili skróty, które mogą być momentami niejasne dla osób Ibsena nieznających.

Jednak nawet jeśli Peer Gynta nie czytaliśmy - warto to zobaczyć i zastanowić się, czy nasze życie nie zaczyna przypadkiem przypominać życia Peer Gynta…