Radio czas zacząć

Dzisiejszy dzień zacząłem od Welcome to the pleasuredome, po którym poszło Psychonaut Lib III. Chciałem usłyszeć jedną po drugiej, bo kiedy przypadkiem usłyszałem końcówkę Psychonauta, momentalnie skojarzyło mi się to z niedawno słuchanym winylem. Co łączy te dwa utwory? Przede wszystkim fakt, że są niezmiernie rzadko odtwarzane w radiu. Powodem nie jest ich poziom artystyczny, ani też moda bądź brak na konkretnych wykonawców. Problemem dla współczesnego radia jest fakt, że pierwsza piosenka ma w pełnej wersji blisko 14 minut, druga - około dziewięciu. W rozgłośniach komercyjnych nie ma miejsca na tak długą muzykę.

Co więc się stanie z całymi płytami Floydów, które przecież często są jednym utworem trwającym kilkadziesiąt minut i sztucznie podzielonym na fragmenty? Skąd dziś mamy poznawać nową (albo starą!) muzykę, która - jeśli już jest emitowana - to jest wyrwana z kontekstu? Dawniej radio było głównym miejscem, z którego można było czerpać wiedzę o muzyce, dziś poza nielicznymi chlubnymi wyjątkami (przepraszam nielicznych pominiętych) - tak nie jest.

Dokładnie 50 lat temu zaczął nadawać eksperymentalnie Program Trzeci Polskiego Radia - wylęgarnia talentów i wieloletnia szkoła dobrej muzyki. Dziś nowym eterem jest internet. Może więc stworzyć internetowe radio autorskie prowadzone przez ludzi, którzy muzykę kochają, którzy potrafią ją zaprezentować i o niej opowiedzieć, no i w końcu - którzy chcą to robić? Zresztą - dlaczego skupiam się na muzyce? Dzisiejsze radio odwraca się też od zwykłego słowa mówionego…

Propozycja udziału w nowym projekcie jest jak najbardziej poważna - jeśli jesteś zainteresowany (zainteresowana) powstaniem takiego radia i aktywnym w nim działaniem, proszę o kontakt. W dzisiejszych czasach nie trzeba dużo - wystarczy komputer, łącze do internetu, dobry mikrofon i wiedza, kreatywność. Zapraszam!

Radio satelitarne… to nie ma sensu!

Radio Sirius to amerykańska stacja radiowa… a właściwie ponad 130 stacji (to pewne nadużycie semantyczne, ale niech zostanie) w jednym budynku. Całość nadaje przez satelitę oraz internet, w celu polepszenia odbioru w miastach zbudowano też całą sieć przekaźników zapewniającą sygnał samochodom na zatłoczonych ulicach. To rewelacyjny projekt - ponad sto kanałów radiowych, tematycznie uszeregowanych od prawicowych rozmów po muzykę techno. Do tego wszystko w cyfrowej jakości i w zasięgu ręki niezależnie od miejsca, w którym się znajdujemy. Jest to szczególnie ważne w USA, które są “odrobinę” większe od Polski. Sirius to projekt, którego zawsze zazdrościłem Amerykanom. Udało im się doprowadzić do realizacji marzenie o “nieograniczonym” eterze, w którym na skali odbiornika zmieści się więcej niż kilka stacji. Dlaczego więc nie ma to sensu w Europie?

Kiedy spojrzymy na wyniki finansowe Siriusa, nie wzbudzą one naszego entuzjazmu. Rok 2006 projekt zakończył ze stratą ponad miliarda dolarów. Co by nie mówić, radio satelitarne jest drogie w eksploatacji. Żadna firma w Polsce raczej nie wejdzie na taki rynek - bo przy 30 milionach potencjalnych (!) słuchaczy, przyzwyczajonych do “darmowego” radia będzie on zawsze rynkiem mało dochodowym. Ktoś mógłby powiedzieć - to zróbmy ogólnoeuropejskie radio satelitarne - coś takiego jak ciągle rozbudowywany Worldspace! Jest jeden ogromny problem - bariera językowa. Sirius Radio działa na homogenicznym językowo rynku, na którym dominują angielski i hiszpański, więc bariera językowa nie jest problemem. Każdy potencjalny odbiorca Siriusa prawdopodobnie mówi po angielsku. Tak nie jest w Europie, gdzie króluje kilkanaście języków i nawet w centrum Warszawy nie zawsze da się dogadać “w lengłidżu”.

Jednak nic nie jest stracone - co prawda radio satelitarne jest mało realistyczną pieśnią przyszłości, na radio cyfrowe (DAB) czekamy od lat i pewnie jeszcze poczekamy… ale jest internet. Uniwersalne medium, które często jest dostępne tam gdzie fale radiowe nie docierają, a przy spadających cenach za dostęp via 3G - wykorzystywalne również w samochodach… Co więcej, jedyną barierą wejścia są ZAiKSy, ZPAVy i ZASPy, no i kreatywność potencjalnych nadawców. Po przejrzeniu lokalnego rynku e-stacji mam wrażenie, że to ostatnie bardziej niż te pierwsze - większość stacji nadaje rozmaite wersje disco/techno/club/umcyk… Jednak ważne jest to, że mogą nadawać i to robią - takiej możliwości nie było jeszcze kilka lat temu, kiedy jedyną szansą “wejścia” było nadawanie bez licencji…

Dziś to internet jest przyszłością radia - zwłaszcza autorskiego. To co, kto chętny do wejścia? :)

The last DJ

Z dumą oznajmiam, że z tego doświadczenia wyciągnąłem bardzo wartościową lekcję. Lekcję, która została ze mną przez całą moją zawodową karierę. Nigdy, pod żadnym pozorem, nie opuszczać studia by zapalić jointa. Od tego dnia zawsze zamykałem drzwi studia i miałem pod ręką puszkę odświeżacza powietrza. To Jim Ladd, legenda amerykańskiego radia, opisujący swoje pierwsze doświadczenia za mikrofonem. Jednak Radio Waves: Life And Revolution On The FM Dial to nie kolejna radosna opowiastka o życiu pełnym sukcesów, jakich tysiące zapełniają półki typowej księgarni. Książka Ladda to opowieść o powstaniu, rozkwicie i upadku autorskiego “zbuntowanego” radia, mającego żywy kontakt ze słuchaczami, którego twórcy kochali muzykę którą grali.

Kiedy Jim zaczynał, w amerykańskim eterze królowały nadające “spokojną” muzykę stacje AM. FM było miejscem na malutkie, nieliczące się rozgłośnie - a więc również miejscem na eksperymenty. Tom Donahue, czterdziestoletni hippis, wykorzystał możliwość eksperymentowania i przekonał właściciela upadającej stacji by ten pozwolił mu wykorzystać ją w zupełnie nowym celu - do przekazywania jakiegoś przesłania za pomocą muzyki. Tom, którego archiwalne audycje krążą jeszcze po sieci, wybierał muzykę tak, by coś sobą komunikowała. Albo wiązały się z tym, co było istotne w danym momencie dla młodej części społeczeństwa, albo - ułożone po kolei - opowiadały rozmaite historie. Nie były muzyka przypadkową. Eksperyment Toma odniósł sukces, a jego stacja stała się legendą ‘free form radio’.

Stacje FM zaczęły skutecznie konkurować z gigantami AM. W praktyce stało się to zapowiedzią końca wolności w eterze - pojawiły się koncerny medialne, które zastosowały znany schemat “cztery znane piosenki wybrane specjalnym algorytmem, nazwa stacji, reklama, wracamy do punktu pierwszego”. Gwoździem do trumny free form radio stało się zniesienie obowiązku odczekania trzech lat po zakupie stacji przed jej sprzedaniem - radia stały się przedmiotem handlu takim samym jak wszystko inne, więc właścicielom zależało tylko na szybkim wzroście słuchalności i odsprzedaży produktu dalej…

Jim Ladd miał to szczęście, że w swojej karierze pracował zarówno w radiu “sformatowanym”, jak i w tym prawdziwym. Kochał i to pierwsze - bo od takiego zaczynał poważną prace, i to drugie. W tym pierwszym odniósł olbrzymi sukces - jego audycje były rozpoznawane, w dużej mierze dlatego że udawało mu się wyłamać ze sztywnych nakazów formatu. Jednak w poszukiwaniu wolności odrzucił to i przeszedł do - wówczas trzeciorzędnej - stacji, która dawała mu możliwość samodzielnego planowania tego, co chce opowiedzieć słuchaczom. Ta trzeciorzędna stacja dość szybko stała się najbardziej rozpoznawaną marką w okolicy - i byłoby tak pewnie dalej, gdyby po pewnym czasie nie próbowano jej sformatować… Pojawili się managerowie, konsultanci radiowi dający receptę przed zbadaniem pacjenta… Słuchalność spadała na łeb. Jednak nikt w dużej korporacji nie wycofał wprowadzanych zmian - bo oznaczałoby to konieczność przyznania się do błędu. Formatowanie, jak w informatyce, niszczy. W tym wypadku bezpowrotnie - stacja Jima zaczęła nadawać muzykę z komputera, zrezygnowano nawet z zapowiadaczy…

Książka jest fascynująca - polecam. Niestety, dostępna tylko w języku Szekspira. Mogę udostępnić do wglądu podczas Pingwinariów :)

Jeśli ktoś pamięta teledyski do albumu Rogera Watersa Radio K.A.O.S., widział Jima Ladda w roli prezentera radiowego. Dziś można go posłuchać w kalifornijskim radiu KLOS (nadaje również online). Tom Petty nagrał piosenkę Last DJ, której treść jest zainspirowana postacią Ladda.
Utwór ten był (jest nadal?) zakazany w niektórych stacjach…

And there goes the last DJ
Who plays what he wants to play
And says what he wants to say

Where did you go Mr. D.J.?

Kilkanaście minut wcześniej dotarłem na miejsce. Droga była długa, samochód nie ma ogrzewania, byłem zmarznięty i zmęczony. Ciepła kąpiel i kawa były dosłownie na wyciągnięcie ręki. Ale nie mogłem wyjść z samochodu. Coś spowodowało, że nie bylem w stanie otworzyć drzwi, wstać z fotela - i wyjść. Z zewnątrz to coś wygląda niepozornie - kilka przycisków, jedno pokrętło… Ze środka dobiegały Słowa i Muzyka. Na szczęście w końcu zaczęła się przerwa reklamowa i można było przebiec do domu…

Czy zdarzyło wam się kiedyś, że mimo pośpiechu, mimo niewygody, mimo tysięcy zaległych rzeczy do zrobienia, zauroczeni Słowem i Muzyką nie byliście się w stanie oderwać od głośników? Jeśli znacie to uczucie, to najprawdopodobniej trafiliście w radiu na audycję autorską. Taką, w której muzyki nie dobiera wspomagany wynikami badań marketingowych komputer z liczącej dwieście utworów playlisty “najważniejszych utworów lekkiego rocka”, a najwyżej trzy-czterominutowe piosenki przerywane są tylko reklamami i pięciosekundowymi infantylnymi zapowiedziami. Trafiliście na program, w którym najważniejszy jest człowiek - samodzielnie dobierający utwory i potrafiący nimi, lub między nimi opowiadać ciekawe historie.

Skończyłem właśnie czytać rewelacyjną książkę Jima Ladda, legendarnego amerykańskiego prowadzącego (bardzo podoba mi się angielskie określenie ‘talent’ - słowo diskjockey straciło swoje znaczenie w późnych latach 70). Radio Waves: Life and Revolution on the Fm Dial (postaram się o niej napisać innym razem, warto) to opowieść o najlepszych latach amerykańskiego radia FM - i jego upadku. Jim zasłynął serią rewelacyjnych wywiadów z cyklu “Innerview”, zaś w swoich audycjach układał muzykę tak, żeby kolejne utwory współgrały ze sobą i opowiadały jakąś historię. Na długi czas zniknął z anteny gdy wielki biznes “odkrył” radio FM i przekształcił je w sieć stacji grających muzykę lekką, łatwą i przyjemną.

Upadek amerykańskiego FM miał miejsce w latach osiemdziesiątych, radio w Polsce podążyło śladem amerykańskiego mniej więcej dekadę później. Przez kilka lat w ogóle nie było miejsca na radio autorskie, ich śladowe ilości można było znaleźć tylko w nocnych godzinach radia publicznego.

Radio autorskie ma potężną siłę. Przyciąga do głośników. Wymaga aktywnego słuchania. Bywa trudne w odbiorze, bo emituje nie tylko muzykę “znaną i lubianą”, lecz również mniej osłuchane piosenki. Pewnie dlatego jest trudne do zaakceptowania przez działy reklamy…

Prawdziwe Radio… Dokąd odeszło?

Chciałbym korzystając z okazji oddać hołd Wielkim, którzy przetrwali zawirowania i wciąż nadają Muzykę którą znają, o której potrafią opowiedzieć, i którą wybierają samodzielnie…

The Kinks, Around The Dial

Radios of the world are tuning in tonight,
Are you on the dial, are you tuned in right?
One of our D.J.’s is missing.
Are you listening?
Are you listening to me?
Can you hear me?
Can you hear me clearly?
Around the dial.

I’ve been around the dial so many times,
But you’re not there.
Somebody tells me that you’ve been taken off the air.
Well, you were my favorite D.J.,
Since I can’t remember when.
You always played the best records,
You never followed any trend.
F.M., A.M. where are you?
You gotta be out there somewhere on the dial.
On the dial.

(Are you ready) We’re going ’round the dial,
(Are you listening) Around the dial,
(Are you tuned in) Around the dial,
(Are you searchin’) Around the dial.
F.M., A.M. where are you?
You gotta be out there somewhere on the dial.
On the dial.

Where did you go Mr. D.J.?
Did they take you off the air?
Was it something that you said to the corporation guys upstairs?
It wasn’t the pressure,
You never sounded down.
It couldn’t be the ratings,
You had the best in town.
Somehow I’m gonna find ya, track you down.
Gonna keep on searchin’,
Around and around and ’round and ’round…

(They’re searchin’) Around the dial,
(They’re listenin’) Around the dial,
(Poor station) The best in town,
(Poor D.J.) Who never let us down.
While the critics kept on knocking you,
You just kept on rocking around the dial.
Around the dial.

I’ve been searchin’ for you on my radio.
This time your station really must have gone underground
Somebody said you had a minor nervous breakdown.
Was it something that you heard,
Or something that you saw,
That made you lose your mind,
Did you lose control.
Did you step out of line?
If you’re there, give us a sign.

I can’t believe that you’ve been taken off the air.
Think I’ll sell my radio now that you’re not there.
You never gave in to fashion,
You never followed any trends,
All the record bums tried to hack you up,
But you were honest to the end.
Gonna keep my radio on,
‘Till I know just what went wrong.
The answers out there somewhere on the dial.
On the dial.

Can you hear me (around the dial)
Are you listenin’ (around the dial)
Are you out there (around the dial)
Can you hear me?
Around the dial.

Lubię szum starej płyty

A właściwie nie tak starej. Piotr Kaczkowski co kilka-kilkanaście miesięcy puszcza w swojej audycji dość długi kawałek zespołu Frankie Goes to Hollywood. Częściowo ‘umpa umpa’, ale urocze - zwłaszcza jeśli z dzieciństwa pamięta się grające w pokoju brata radio z Listą Przebojów Programu III… Niestety, sklepowy Frankie ograniczał się do płyt z kolejnymi miksami Relaxu. Zbliżone - ale nie to. W końcu pomogło Allegro - dwupłytowy album Welcome to the Pleasuredome znalazł się w moich rękach. Pierwszy “nowy” winyl od dwóch lat. Pierwszy od dawna bez kompaktowego odpowiednika na półce.

Odkurzyłem gramofon. Wyciągnąłem stary wzmacniacz (nowoczesne nie przewidują, że ktoś może podłączyć do nich urządzenie dający tak słaby sygnał wejściowy). Podłączyłem. Włączyłem. Wyregulowałem obroty. Widać - WIDAĆ płytę, jak się obraca. Położyłem igłę na czarnym krążku… Szzzzsz… zaczyna się… Rewelacja! Dźwięk jest naprawdę namacalny. Nie syntetyczny, jak z kompaktu który się wrzuca do odtwarzacza, naciska play i zapomina. Tu w słuchanie trzeba włożyć trochę wysiłku. Co dwadzieścia kilka minut wstać i odwrócić płytę. Płytę, na której widać rowki, widać muzykę!

Niestety, po kwadransie głos zmienił się w dudniący bas, a silnik się zatrzymał. Gramofon po dwudziestu latach wiernej służby awansował - teraz pewnie gra to, co chce - a nie to, co mu każą, w chórach gdzieś tam na górze…

Dla kupić trzaskać tutaj

Narzędzia automatycznie tłumaczące strony internetowe to jeden z tych cudów techniki, od których lepiej trzymać się z daleka. Przykłady? Tysiące! Z twórców stron internetowych przykład wzięli złodzieje próbujący wyłudzać od użytkowników hasła do różnych systemów. Do tej pory większość spamów tego typu przychodziła po angielsku (tak, wiem również o polskich, lecz one stanowiły margines). Widocznie wyłudzacze wzięli sobie do serca informację, że po stworzeniu polskiej wersji językowej danego serwisu rośnie jego popularność i wypuścili w sieć coś takiego:

PayPal - trzaskać tutaj

Ciekawe, jak wielu polskich użytkowników Pay Pala się na to nabierze… (a ilu z nich ma to samo hasło do poczty i PP?)

Magia radia

Niech nikt mi nie próbuje wmówić, że radio to medium przeszłości. Magia nie znika, a radio jest magią. Ostatnia niedziela była dla mnie sentymentalną podróżą w przeszłość - po raz pierwszy od ośmiu lat (jak ten czas szybko leci!) wszedłem do budynku na Myśliwieckiej 3/5/7. Adres znany chyba wszystkim miłośnikom radia w naszym kraju. Nie dość, że wszedłem, to jeszcze spędziłem tam kilka wspaniałych godzin. I punkt dziewiąty life-update gwałtownie powędrował do góry na liście rzeczy do zrobienia… Ale po kolei.

Od pewnego czasu biorę udział w kursie retoryki i krytyki praktycznej organizowanym przez Instytut Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Ostatni weekend upłynął pod znakiem radia. Jeden z prowadzących Klub Trójki, Dariusz Bugalski, przyszedł do nas w sobotę i dał się namówić (nie było trudno :>) na opowieść o Radiu. Opowieść przeniosła mnie od razu do czasów, kiedy codziennie szwendałem się po korytarzach PR3, TOK FM czy Radia Zet… Na zakończenie dostaliśmy garść gazet, w których mieliśmy znaleźć inspirację do “mini Klubu Trójki” - dziesięciominutowego programu na jakiś interesujący temat. Coś w rodzaju porannego kolegium w redakcji, tylko ograniczonego do elementu samodzielnego wyboru problemu. Jak się okazuje, tematy leżą wszędzie - trzeba tylko umieć je znaleźć. “Nasz” temat - “czy dobro się opłaca”.

Kolejny dzień - nagrania. Znajome studio, znajome korytarze, magia czerwonej lampki przy mikrofonie (jeśli kogoś interesuje, w studiu rezerwowym PR3 używa się Neumannów “Made in Western Germany”), wciąż stoją szpulowce (tak, ciągle używa się ich do montażu - jeśli ktoś chce), Dalet - system do edycji i emisji dźwięku - wiesza się równie często jak osiem lat temu…

Podsumowanie jest proste:

  • Radio jest magiczne. Telewizja nie.
  • Podzieliłem się wrażeniami z kolegą, który kiedyś stworzył od zera stację radiową, lecz od lat już robi inne rzeczy. Rozumiał mnie doskonale i dodał: właśnie dlatego nie chodzę już do radia - żeby tam nie zostać.
  • Tematy leżą na ulicy. Kwestia ich właściwego ujęcia.
  • Radio (prawdziwe) może przeżyć renesans - dzięki internetowi. Nie radio ‘grajek’, lecz prawdziwe - takie z którego można się czegoś dowiedzieć, w którego słuchanie trzeba się zaangażować…
  • Szybki przegląd dyskusji o radiu online: ZAiKS bierze kasę. OK, niech będzie. Ale dlaczego jak ktoś się opłaca ZAiKSowi, to po swoją działkę szybko zgłasza się ZPAV? Chce tyle samo za to samo. Dlaczego mamy płacić dwukrotnie?
  • Pora zacząć się realizować. Na początek podcastowo, by odzyskać wprawę…
  • Radio jest magiczne. Chcę wrócić.

Powrót do życia

Punkt pierwszy z life update na razie zrealizowany, zobaczymy co powie na niego promotor. W każdym razie pora na realizację kolejnych punktów. Zacznijmy od czwartego. Stąd pytanie do Was - kto ma ochotę pobawić się markerem w najbliższą środę (13 lutego) w warszawskim LabSektorze? adasi się wybiera, ja będę, może ktoś jeszcze chętny? Jeden wieczór to, w zależności od desperacji grającego, 500-1000 kulek. Jeśli nigdy nie był(e/a)ś na polu paintballowym, nie szkodzi. Fun jest od pierwszego razu!

update: domelu też będzie.

Life update

Skoro niektórzy to robią, to może i ja? Do zrobienia:

  1. Skończyć to, co miałem zrobić 4 lata temu. Status: wzięty urlop do poniedziałku włącznie na załatwienie tego.
  2. Reanimować 7thGuarda w nieco zmienionej formie.
  3. Wrócić do regularnej wspinaczki. Koniecznie! Po wizycie na Nowowiejskiej znów się czułem wspaniale! Najbliższy wypad - pewnie w czwartek, w ramach odpoczynku od p. 1.
  4. Odkurzyć marker i znaleźć ekipę, z którą można regularnie pograć w paintball. Indywidualnie nie ma sensu, zmieniana ekipa też niefajna…
  5. Załatwić papierkologię: zrobić w końcu golfową zieloną kartę, patent żeglarza (bo w końcu nie trzeba mieć!), marzenie: PPL(A).
  6. Wyrzucić z plecaka laptopa albo zmienić plecak na taki, do którego wejdzie aparat - i wrócić do robienia zdjęć.
  7. W dalszym ciągu nie oglądać telewizji.
  8. Więcej czytać, więcej pisać. Niekoniecznie na blogu :)
  9. Wrócić do radia (założyć internetowe?)
  10. Conajmniej raz w tygodniu poszwędać się nocami po Krakowie. Dlaczego lepiej znam Kraków sprzed 102 lat niż Warszawę z wczoraj?
  11. Odżyć.

Jacyś chętni do paintballa, golfa, wspinaczki, odżycia?

Wielkość…

Z cyklu zdjęcie, które zwróciło moją uwagę: w dzisiejszym “Dużym Formacie” na stronie 12 można obejrzeć reprodukcję zdjęcia Ryszarda Kapuścińskiego, podpisanego “Przygotowania do podróży”. Zdjęcie przedstawia mały stolik zastawiony przygotowanymi do zapakowania drobiazgami: lekarstwami, notatnikami, kilkoma książkami. Wzrok przyciąga tytuł jednej z nich: Africa for beginners.