Pierwszy samodzielny

Dziś pokręcimy się chwilę nad Garwolinem, a potem zobaczymy – usłyszałem od Mirka. I zobaczyliśmy. To znaczy ja zobaczyłem. Ale od początku…

Skończyłem ćwiczenie rozpoznawania i wychodzenia z sytuacji niebezpiecznych – przeciągnięć, spirali i korkociągów. W ostatnich dniach ćwiczyłem też sytuacje awaryjne (czytaj: awaria silnika), no i tradycyjnie doskonaliłem lądowania. Co prawda po każdym moim lądowaniu Mirek łapał się za głowę (już nie za wolant, jest sukces!), ale chyba nie było tak źle, skoro po powrocie z Garwolina powiedział – teraz odpocznij, potem ja zostaję na ziemi, a ty polecisz z kimś innym.
Continue Reading »

Kręcimy, kręcimy, nic się nie boimy…

A ty co się tak śmiejesz? – usłyszałem rozbawiony głos Mirka w słuchawkach. Chwilę wcześniej zaprezentował wyprowadzanie Cessny z korkociągu. Na dużej wysokości i przewidywane, korkociąg i przeciągnięcie sprawiają niesamowitą frajdę. Cichnący odgłos silnika, widok nieba przed maską, ostrzegawczy pisk informujący o zbliżaniu do prędkości przeciągnięcia i… Samolot zaczyna gwałtownie nurkować i obracać się wokół swojej osi (podłużnej).

Wyprowadzenie jest proste, choć może na pierwszy rzut oka mało intuicyjne. Przede wszystkim należy zapomnieć sterowaniu wolantem – ustawiamy lotki w pozycji neutralnej i zatrzymujemy obroty samolotu za pomocą steru kierunku (wcikając pedał przeciwny do kierunku obrotów). Następnie redukujemy obroty, “oddajemy” wolant – tak, właśnie kierujemy samolot nosem w kierunku ziemi. Po nabraniu prędkości, jednostajnym ruchem pociągamy do siebie tak i w momencie gdy nos samolotu dojdzie do horyzontu dodajemy gazu. Tada! Lecimy. Choć szybki rzut okiem na wysokościomierz pokazuje, że trochę metrów zgubiliśmy w czasie tej zabawy.

Celem ćwicenia jest nauka rozpoznawania prędkości bliskich prędkości przeciągnięcia – samolot przy zbyt małej prędkości zaczyna delikatnie drżeć, jeśli zadziała – włącza się też akustyczny sygnalizator problemu. Potem, jeśli już dojdzie do przeciągnięcia, warto wiedzieć jak uratować sytuację. Podstawowa zasada – odzyskujemy prędkość, by wróciła siła nośna. Ciągnięcie steru do siebie gdy nos spada nie jest najlepszym pomysłem… Teoretycznie w każdym samolocie pilot ma przed oczyma naklejkę z informacją, jak wyjść z korkociągu – jednak warto to wcześniej przećwiczyć, by nie stracić głowy w razie problemów.

A wrażenia z (zaplanowanego) przeciągnięcia – niezapomniane.

TPSA – powinni tego zabronić

Pamiętacie moje przygody z Netią, od której do dziś nie doczekałem się umowy? Muszę przyznać, że TPSA działa o wiele sprawniej niż Netia – przed sobą mam już dwie podpisane umowy o świadczenie usług, prawdopodobnie przyjdzie mi podpisać trzecią. A wszystko dlatego, że zamarzyła mi się Neostrada bez telefonu w miejscu, gdzie jeszcze nigdy nie była podciągnięta jakakolwiek linia. Telefon z Neostradą jest za to u sąsiadów, więc skrzynka nie jest zbyt daleko.
Continue Reading »

Checklista

Mieszanka – bogata. Przepustnica – nieco do przodu. Od śmigła! I odpalamy… A radio kto wyłączy? Żeby uniknąć pomyłek, i by o niczym nie zapomnieć, w samolocie pod ręką zawsze jest checklista. Jednak dostępne tu i ówdzie checklisty czasem mają drobne nielogiczności – na przykład manipulowanie przy podgrzewie wpisane bywa dopiero po okrzyku ‘od śmigła’. A w tym czasie ktoś może podejść pod samolot i nieszczęście gotowe…
Continue Reading »

W deszczu

  • ja: Sobienie Radio, Sierra Papa Kilo India Alpha, na prostej, pełne lądowanie i pod hangar.
  • SR: Kilo India Alpha, jedynka, ląduj na pasie – nie w hangarze.
  • ja: Tak będzie, najpierw pas, potem hangar.

[lądowanie]

  • niezidentifikowany głos: Wiedziałem, że nie dolecisz do hangaru.

Tak zakończył się pracowity weekend spędzony w dużej części na lotnisku. A zaczął się nieciekawie – gigantyczną ulewą, potem serią ulew, a następnie deszczem. Kiedy dojechałem na lotnisko, padało. Chwilę wcześniej z Radomia przyleciała Cessna, którą miałem latać. Pierwsze pytanie, które mi przyszło do głowy: jak się lata w deszczu? Odpowiedź przyszła błyskawicznie – “siadaj do samolotu, zobaczysz”. Już nie lało, ale zbyt sucho też nie było. Cessna 152 wycieraczek nie posiada. Szyba… no cóż, Fiat 126p ma bardziej aerodynamiczny kształt. Drzwi zresztą też się łatwiej zamyka w Maluchu. I akustyka lepsza… :-)

Rozgrzewamy silnik i jazda do góry. I już wiem. Latanie w słońcu ma pewną wspólną cechę z lataniem w deszczu – niewiele widać. W przypadku słońca – gdy lecimy w jego kierunku (aaa! kto wymyślił tak nisko zamieszczone fotele? Zamknięcie osłony przeciwsłonecznej nic nie daje, cień kończy się na moim czole!), w przypadku deszczu – prawie cały czas. To znaczy – nie jest tak źle, jednak ciąg powietrza zdmuchuje część kropli, ale nie jest to rewelacyjna widoczność.

Samo lądowanie (a raczej – sześć kolejnych) – podobne do lądowań w suchych warunkach. Ale może to tylko takie odczucie spowodowane sporym wiatrem ‘w dziób’ i nadmiarem wrażeń spowodowanych… ekhem… nazwijmy to widzialnością.

Niedziela była już normalniejsza, 24 kręgi, w lotnisko już trafiam bez większych problemów, podejście do lądowania też jakoś wychodzi, sama końcówka wymaga drobnych korekt. Ocena wysokości nie jest jednak tak łatwa, jak się by to wydawało.

No i korzystając z niezłej pogody zrobiłem tzw. ‘kroki lotniska’ – a po ludzku mówiąc, poszwędałem się z kartką, obejrzałem pas, zanotowałem przeszkody i… nagle lotnisko zrobiło się bardziej znajome. Szkoda, że nie zrobiłem tego wcześniej. Przydatna sprawa.

Z innych ciekawostek – przed hangarem robiono próbę silnika Biesa. Co za maszyna! Jednak nasze Cessny przy tym gigancie to małe robaczki. Może kiedyś… :-)

Polatajmy…

Drzewo posadzone, dom zbudowany, w kalendarzu znów pojawia się wolny czas. I tak po półrocznej(!) przerwie wróciłem za stery Cessny 152. Dzień wcześniej przypomniałem sobie podstawy z kursu i parametry samolotu, no i w przepiękne wczesne popołudnie znalazłem się w Sobieniach.

Uwaga dla początkujących pilotów planujących dużą przerwę: nie opłaca się. Tak naprawdę według przepisów trzeba powtórzyć wszystko, co już się przerobiło. A to przekłada się bezpośrednio na ponoszone koszty. Za to przyjemność z latania dużo większa – bo niby przepisy mówią, że trzeba znów powtórzyć podstawy, jednak ręce i nogi pamiętają “jak to się robi” i lot jest czystą przyjemnością.
Continue Reading »

Z wiatrem

  • Fotele i pasy – sprawdzone, zapięte.
  • Zawór paliwa – odkręcony
  • Radiostacja – wyłączona
  • Hamulce – zaciągnięte
  • Bezpieczniki – sprawdzone
  • Mieszanka – bogata
  • Ogrzewanie gaźnika – wyłączone
  • Przepustnica – 0.5cm do przodu
  • OD ŚMIGŁA!
  • Akumulator – podłączony
  • Rozrusznik – start
  • Ciśnienie oleju – w normie

Uff, silnik uruchomiony. Oczywiście, po uprzednim uzyskaniu zgody Sobienie Radia. Continue Reading »

Teorii ciąg dalszy

Książka silnika. Książka śmigła. Książka płatowca. Świadectwo rejestracji. Świadectwo zdatności do lotu. Poświadczenie zdatności. Instrukcja użytkowania w locie. Pozwolenie radiowe. Licencja pilota. Potwierdzenie OC. Dokumenty dotyczące sprzętu dodatkowego zainstalowanego w kabinie. Uff, jak dobrze, że to tylko Cessna. Piloci samolotów rejsowych mają pewnie z dwie walizki papierów do noszenia… Teraz wiem, że samolotu nie trzyma w powietrzu siła nośna, Równanie Bernoulliego ani nawet ciąg silnika. Tym, co pozwala nam latać, jest wypełniona i aktualna dokumentacja. Brrrr…
Continue Reading »

W szkolnej ławie

Teoretyczny kurs pilotażu samolotów ppl(a) odmładza. Przynajmniej – mentalnie. Przez pierwsze godziny znów czułem się jak na studiach (przegląd prawa lotniczego), kolejne (zasady lotu) – cofnęły mnie do czasów podstawówki i podstaw fizyki z aerodynamiką.

Z prawnego punktu widzenia, najważniejszymi dokumentami które warto przeczytać, są dwa rozporządzenia (będące de-facto tłumaczeniami materiałów międzynarodowych – i bardzo dobrze!). Dla zainteresowanych – linki: techniczne przepisy ruchu lotniczego i zasady działania służb ruchu lotniczego. Co prawda oba uchylone kilka miesięcy temu, ale ich zawartość wciąż obowiązuje. W sumie… istotnych dokumentów, prezentacji itp pewnie się nagromadzi przez całe szkolenie tyle, że warto je zgromadzić na jednej stronie. Dlatego po prawej pokazała się zakładka Materiały dla pilotów, w której znajdą się najciekawsze (a czasem nudne, lecz przydatne) materiały i odnośniki.

Ale wracając do tematu; z istotnych rzeczy warto wspomnieć, że dzięki konwencji chicagowskiej (1944, tworzy ICAO), możemy latać własnymi samolotami praktycznie po całym świecie. Gorsza sprawa jest taka, że bez amerykańskiej licencji nie polatamy samolotem zarejestrowanym w USA – nawet nad terytorium Polski. Konwersja z polskiej na FAAową jest dość prosta, w drugą stronę czasem są rzucane pod nogi kłody.

Latać możemy prawie wszędzie – z tym, że słowo prawie jest tu słowem kluczowym. Ze względu na rozmaite potrzeby, fragmenty przestrzeni powietrznej nad Polską zostały wydzielone. I tak – mamy strefy D(angerous), R(estricted) i P(rohibited). Są zwykle zaznaczone na mapach, a oznaczają, że przed lotem warto się upewnić, czy nas nie zestrzelą podczas ćwiczeń wojskowych na poligonie w Zielonce, czy nie wyślą po nas F-16 (okolice reaktora w Świerku), ewentualnie – czy nie przestraszymy sarenek biegających po Puszczy Kampinoskiej.

Jakby tego było mało, poszczególne fragmenty przestrzeni powietrznej mogą być rezerwowane do rozmaitych celów – na przykład dla szybowników, skoczków spadochronowych czy też lotnictwa wojskowego. Dlatego przed każdym wylotem trzeba sprawdzić aktualny stan przestrzeni powietrznej, żeby nie wpakować się w nisko przelatujące Iskry.

Dalej – część przestrzeni powietrznej (tzw klasa G) jest otwarta dla wszystkich (prawie!) bez wyjątków – możemy sobie (tylko teoretycznie!) latać, zwiedzać i się dobrze bawić. Czasem wlatujemy w strefę C(ontrolled) – tego nie wolno nam zrobić bez wcześniejszego złożenia planu lotu, uzyskania radiowej zgody na wlot od jednostki zarządzającej i uruchomionego sprawnego transpondera pokazującego kontrolerowi naszą aktualną wysokość. Są też oczywiście strefy ruchu lotniskowego, czasowo zarezerwowane, dolotowe do czasowo zarezerwowanych… Bez mapy i aktualnych informacji może być ciężko. Na szczęście często dostaniemy radiową informację, że właśnie się pakujemy w czyjś rejon – ale nie można liczyć, że zawsze takie ostrzeżenie dostaniemy.

Drugi element zajęć (Zasady lotu) ma nam wyjaśnić, dlaczego właściwie samolot lata. W sumie jest to powrót do fizyki z ostatnich lat podstawówki (gimnazjum?!) – wzory na siłę, przyspieszenie, moment, sposoby obliczania ciśnienia statycznego, dynamicznego i całkowitego. Kąty natarcia, środek ciężkości, wytwarzanie siły nośnej, opór indukowany i biegunowa. Fajne, nie? :) Ale i tu jest parę ciekawostek – wreszcie się dowiedziałem, do czego tak naprawdę służą winglety – to takie zagięte końcówki skrzydła. Byłem przekonany, że ich jedyną funkcją jest redukcja turbulencji na końcówkach skrzydeł – a tu się okazuje, że wykorzystuje się je też do wygenerowania dodatkowej siły nośnej i pchającej. Fajne, nie? Szkoda tylko, że Cessna to taki grzmot, że jej nawet winglety nie pomogą. No cóż, przynajmniej niezawodna.

W kolejny weekend – początek nawigacji. Może być ciekawie…

Proszę pokazać język, czyli pierwszy krok w chmurach…

Proszę pokazać język. I powiedzieć AAAaaaa. Dziękuję. Oddychać, nie oddychać. Można oddychać. EKG, kłucie, laryngolog, okulista, spirometria, badanie pola widzenia… Trzy godziny później mam to na papierze – zdolny. Niestety, co prawda nie do wszystkiego, ale do latania – owszem. Pierwszy krok w chmury zaliczony – kolejne badanie w 2013.
Continue Reading »